4-letnia Małgosia jest więziona od 3 miesięcy przez ojca we wsi Wilków Pierwszy k. Grójca. Oddzielił ją od 5-letniej Zosi i 11-miesięcznego Mateuszka. Bo jego żona Hanna nie chciała przepisać mu 7 ha sadu z jabłkami!
- Nie mam Małgosi w domu. Zosia za nią tęskni, bo nie ma się z kim bawić - płacze Hanna Szymaniak-Muranowicz ze wsi Dąbrówka Stara, również koło Grójca.
- A mój mąż Robert powiedział, że mi dziecka nie odda. I nastawił Małgosię nienawistnie do mnie - dodaje.
Cały, wstrząsający wywiad z panią Hanią dołączamy do niniejszego tekstu. Opowiada, jak po ślubie mąż zmuszał ją do przepisania na niego 7 ha sadu otrzymanego w spadku po rodzicach. A on planował swoją część własności podzielić na pół, by dać siostrze. Więc oferował żonie jedynie 3 ha swojej ziemii.
- Chciałam wspólnoty małżeńskiej. Ale nie godziłam się, by mój spadek przepisać na niego i jego rodzinę. Ale on chciał wszystko na siebie więc mamy intercyzę - wyjaśnia pani Hania.
Kobieta niemal roku temu urodziła Mateuszka. Kiedy chłopiec miał 8 miesięcy, jej mąż porwał Zosię i Małgosię.
Kobiecie udało się doprowadzić do powrotu Zosi. Ale Małgosię mężczyzna uwięził w swoim domu we wsi Wilków Pierwszy k. Grójca.
Podczas rozmowy z Telewizja.Patriot24.net wyszło na jaw, że ojciec nie podejmuje sam decyzji. Słucha się instrukcji swojego adwokata, który na tym porwaniu zarabia brudne pieniądze.
Nie zgodził się na rejstację rozmowy kamerą. Przyznał, że żona nie chciała połączyć obu sadów pod jego zarząd. Nie chciała tez mieszkać wspólnie z jego rodzicami.
Dlatego wyprowadziła z powrotem do osobnego mieszkania na posesję otrzymaną w spadku po rodzicach. W czerwcu 2019 złożyła wniosek o alimenty na dzieci: 1400 zł miesięcznie na wszystkie dzieci razem.
- Od tego momentu mąż stał się agresywny. Dodatkowo, w czerwcu tego roku, zabrał obie córki, by alimentów nie płacić. Dlatego w lipcu 2020 złożyłam pozew rozwodowy - przekazuje kobieta.
- Teraz Małgosię ma przy sobie i nie zamierza jej oddać - alarmuje kobieta.
W wywiadzie dla naszej telewizji kobieta mówi dodatkowo, jak została wykorzystana do nielegalnych transakcji finansowych.
O szczegółach napiszemy w dniu jutrzejszym, bo sprawa jest analizowana przez służby podległe Naczelnikowi Urzędu Skarbowego w Grójcu.
Konflikt to zjawisko naturalne — pojawia się wszędzie tam, gdzie ścierają się interesy, emocje i różne interpretacje rzeczywistości. Jednak są sytuacje, w których przestaje być tylko sporem, a zaczyna oddziaływać na znacznie szersze otoczenie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Kolejna próba wykonania postanowienia sądu dotyczącego wydania dziecka zakończyła się niepowodzeniem. Do zdarzenia doszło w Radomiu, gdzie pod nadzorem kuratorów podejmowano czynności związane z realizacją orzeczenia wydanego przez Sąd Rejonowy w Żyrardowie. Na miejscu obecni byli również funkcjonariusze policji. Mimo zaangażowania służb i formalnej podstawy prawnej wynikającej z decyzji sądu, czynność nie doprowadziła do wykonania orzeczenia.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.